Pamiętacie psa, który był bohaterem pierwszej części „Był sobie pies”? Jako Bailey, Toby, Ellie czy Koleżka miał tylko jeden cel: chronić swojego pana: Ethana. Z każdym kolejnym wcieleniem nabierał doświadczenia, wiedzy i umiejętności, by pokonywać wszelkie przeciwności losu. A wszystko po to, by chronić Ethana, który z biegiem lat z chłopca zamienił się w starszego pana, który na końcu swojej drogi odnalazł miłość swojego życia. A teraz ten sam pies wraca, choć jego pan już nie żyje. Jego nowym sensem życia stała się opieka nad wnuczką Ethana – Clarity.

Clarity jest córką piosenkarki o dość egocentrycznym charakterze. Matka dziewczynki od pierwszych stron doprowadza czytelnika do frustracji. Muszę przyznać, że rzadko literackie postacie są dla mnie tak negatywne w odbiorze i budzą we mnie tyle złości. Na szczęście Clarity ma Koleżkę. A później Molly, Maxa i Toby’ego. Dziewczyna nie ma łatwego życia, nie ma też szczęścia do mężczyzn. Życie mocno ją doświadcza, przez wiele lat szuka szczęścia, odnajdując jedynie ból i samotność. Wciąż jednak towarzyszy jej pies, który stara się choć odrobinę podnieść ją na duchu.

To przepiękna opowieść. Pierwsza część chwyciła mnie za serce, ale kontynuacja okazała się jeszcze lepsza. Choć momentami wydawało mi się, że autorowi zaczyna brakować już pomysłów, akcja nagle skręcała i zaskakiwała. I chociaż z początku ciężko jest na powrót przestawić się na psi punkt widzenia i dość infantylne prowadzenie narracji (pamiętajcie: narratorem jest pies i taki sposób pisania jest jak najbardziej odpowiedni) to z każdą koleją stroną jest łatwiej.

Musicie jednak być świadomi jednej rzeczy: jeśli kochacie zwierzęta, w szczególności psy, jeśli chwyta Was za serce każdy opis śmierci zwierzaka (czy nagły czy uśpienie starego i schorowanego przyjaciela) to miejcie pod ręką paczkę chusteczek. A najlepiej cały wagon. Bo nie znacie chwili, kiedy bohater z jednego wcielenia wejdzie w kolejne.