#recenzja | „PS. Kocham Cię na zawsze” Cecelia Ahern

Wciąż pamietam wrażenie, jakie wywarła na mnie pierwsza powieść Cecelii Ahern „PS. Kocham Cię” – po kilkunastu stronach zaczęłam zalewać się łzami i żołądek ściśnięty miałam już do samego końca. Kiedy dowiedziałam się o kontynuacji, nie mogłam po nią nie sięgnąć. Spodziewałam się czegoś równie mocnego, tymczasem książka okazała się skrajnie różna.

Od śmierci Gerry’ego mija siedem lat. Holly stanęła na nogi, znalazła nowego partnera, z którym chce ułożyć sobie życie, otacza ją rodzina i przyjaciele, a koszmar, który przeszła, wydaje się być odległym wspomnieniem. Pewnego dnia siostra zaprasza ją w formie gościa do swojego podcastu. Holly zobowiązuje się opowiedzieć widzom o listach od Gerrego, które otrzymywała co miesiąc po jego śmierci. Wspomnienia odżywają, ale to niemodne wywracają życie Holly do góry nogami. Historia jej i Gerry’ego staje się nadzieją dla śmiertelnie chorych osób, które zwracają się do Holly z niecodzienną prośbą.

Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy książka mi się podobała. Miałam co do niej zbyt duże wymagania, przez co sama lektura mocno mnie zawiodła. Zabrakło mi chwytającej za serce historii miłosnej, radosnych uniesień przeplatanych z smutkiem tak nagłym, że pozbawiałby tchu. Książka wydała mi się zwyczajna, miejscami nudna, jakby jedynym elementem łączącym ją z pierwszą częścią byli bohaterowie.

Ale gdy dobrnęłam do końca, zrozumiałam, że gdyby potraktować ją jako zupełnie obce dzieło, historia nabiera głębi i dość precyzyjnie trafia w samo serce. Im więcej myślałam o bohaterach, którzy pojawili się w życiu Holly, tym mocniej wyczuwałam się w historię każdego z nich, mimochodem zastanawiałam się, co ja bym zrobiła na ich miejscu.

Myśle, że warto spędzić kilka wieczorów z tą książką, spróbować spojrzeć na nią ze swojej perspektywy i ją ocenić.

#recenzja | „Dlaczego mamo?” Daria Skiba

Wiele się mówi o tym, jakie macierzyństwo jest piękne, jak zmienia kobiety w zaradne, zorganizowane agentki do zadań specjalnych, jak uskrzydla i pozwala przenosić góry. W praktyce większość kobiet boryka się nie tylko z bólem, strachem, nieprzespanym nocami i fizycznym wycieńczeniem, ale także z bazującymi hormonami. To wszystko wydaje się takie normalne, a przez to jest bagatelizowane. Młodej mamie wydaje się, ze nie da rady? Bzdura! Jest matką, więc dla swojego dziecka zrobi wszystko. W teorii.

Książka „Dlaczego mamo?” Była dla mnie trudną lekturą, właśnie dlatego, że była prawdziwa, sprawiła, że po raz kolejny przechodziłam przez trudne momenty obu moich ciąż. Wiele fragmentów wyglądało jak wyciągniętych żywcem z mojego życiorysu. Dlatego płakałam wraz bohaterką, bałam się wraz z nią, czułam ból, taki sam jak ona. Ale ja przez cały czas miałam u boku kochającego męża, który pomagał mi przeżyć ten trudny okres i mierzyć się z problemami, natomiast Marlena była z tym sama. Różniła nas jeszcze jedna rzecz: po porodzie ja zmagałam się tylko z hormonalną bombą, a bohaterka z depresją.

Muszę szczerze przyznać, że Daria Skiba stworzyła cudowną, szczerą powieść o trudach związanych z ciąża, macierzyństwem, pokazała jakie emocje targają młodą matką i nie bała się poruszyć tematu depresji poporodowej. W tej książce nie ma lukru, mydlących oczu opowiastek o cudach i magicznych matczynych instynktach. Tu znajdziecie prawdę, szarą rzeczywistość.

Dziękuję autorce za tę powieść, a w szczególności za zakończenie. Wam z kolei polecam ten tytuł. Warto.

#recenzja | „Bitwa kolorów + Bazgrolnik” Herve Tullet

Nie oczekujmy od dwulatka, że będzie chciał kolorować obrazek zgodnie z przyjętymi standardami. On chwyci za kredkę i będzie bazgrał nią to tu to tam, aż się znudzi. Starsze dzieci chętniej sięgają po kolorowanki, ale wiele z nich nie odnajduje w takiej zabawie frajdy. Kolorowanki nie wyzwalają w dziecku spontaniczności, nie rozwijają jego kreatywności. Dlatego warto podsunąć dziecku książkę, która pozwoli mu wyżyć się za pomocą kolorów i spędzić czas z kredkami bardzo, ale to bardzo intensywnie.

„Bitwa kolorów + Bazgrolnik” zachęcają dziecko do bazgrania. Książka podzielona jest na dwie części. Wewnątrz pierwszej znajdują się m.in. ringi do walk sumo, pola pełne rycerzy, niebo usiane statkami kosmicznymi, tory wyścigowe, labirynty, strony pełne duchów czy walki robotów. Każda kolejna ilustracja ma wyzwolić w dziecku chęć artystycznego wyrażenia swoich emocji. Niektóre z nich dodatkowo pomagają dziecku w ćwiczeniach koordynacji obu rąk.

Druga część to bazgrolnik, w którym dziecko… ma bazgrać. Czyli robić to, co lubi najbardziej. Jest zachęcany by dorysowywać kolejne części bazgrołów, gryzmolić, mazać… ma możliwość nawet zamalowania portretu Mony Lisy! A później może rysować swoje własne obrazy. Ale to nie wszystko. Czy można zilustrować za pomocą bazgrołów emocje, szeptanie czy kichanie? Przejdź przez kolejne strony wraz ze swoim dzieckiem, by przekonać się, że nie ma rzeczy niemożliwych.

To, co zachwyca mnie w tej książce najbardziej to jej różnorodność. Nie jest ona kolorowanką na jedno popołudnie, co więcej – aż nie chce się zostawiać z nią dziecka sam na sam. Dużo ciekawsze jest brnięcie przez kolejny strony razem. Warto wykorzystać wspólny czas i ilustracje by rozmawiać, opowiadać, tłumaczyć. Pamiętajcie, że my, dorośli, również możemy uczyć się od dzieci. Dlatego zatrzymajmy się na chwilę i spójrzmy na świat ich oczami. Pozwólmy im wyjść poza schemat, rysować jak chcą, bazgrać do woli. Dzięki temu na wiele spraw będziemy mogli spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.

wiek:          3+
format:    256 x 220 mm
objętość:   125 stron
oprawa:     miękka
wydawnictwo Babaryba

#recenzja | „Pryncypium” Melissa Darwood

Co by było, gdyby nasze życie zależało od tego, jak mamy na imię? Co, jeśli „to coś” nierozłącznie związane z naszym imieniem decydowało, czy jesteśmy godni czy je nosić?  A gdyby na nasz charakter składało się: Ipsum (odruchy psychiki), Lokum (impulsy ciała) i Nomen (czyli właśnie nasze imię)…?

„Pryncypuim” autorstwa Melissy Darwood to wciągająca powieść z gatunku urban fantasy, która intryguje od pierwszych stron. Główny bohater – Zoltan – jest pozbawionym uczuć przedsiębiorcą, właścicielem dużej firmy, dla którego inni ludzie to wyłącznie nic nieznaczące pionki. Kiedy na jego drodze staje Aniela, uczucia za wszelką cenę chcę dojść do głosu, zadając Zoltanowi ogromny ból. Między bohaterami iskrzy od pierwszego spotkania, jednak sekrety Zoltana i jego obowiązki względem tytułowego Pryncypium stoją im na przeszkodzie.

To powieść, która zagląda bardzo daleko wgłąb człowieka, rozkłada go na czynniki pierwsze i obnaża jego słabe punkty. Wydawca zostawił na początku notatkę, że na ostatnich stronach znajduje się słowniczek, który ułatwia zrozumienie powieści od pierwszych stron. Korzystanie z niego nie jest jednak potrzebne. Narracja prowadzona jest tak gładko, że nawet nieznajomość niektórych pojęć nie stanowi żadnego problemu – wręcz przeciwnie. Podsyca tylko ciekawość czytelnika i sprawia, że nie może on oderwać się od lektury.

Długo chowałam się przed twórczością Melissy Darwood zupełnie niepotrzebnie. Lektura „Pryncypium” po raz kolejny boleśnie uświadomiła mi, jaką krzywdę wyrządzamy samym sobie uciekając przed literaturą polską. Z pewnością sięgnę po kolejne tytuły autorki. Was również do tego zachęcam.

#recenzja | „Zegar z Miaukułką” Agnieszka Kazała

To nie jest książka dla dzieci z kolorowymi obrazkami, twardymi stronami, nie ma wyróżniającego się formatu ani specjalnego papieru. Nie jest o niej głośno, nie rzuca się w oczy z parentingowych kont, nie jest wydana przez wydawnictwo słynące z książek dla dzieci. To książka, która jest niewidoczna. Ma narzuconą na grzbiet pelerynę niewidkę. Niesłusznie.

Żałuję, że na mojej półce przeleżała tak długo. Żałuję, że czekałam na moment, kiedy uda mi się namówić synka na jej lekturę. On jest zbyt mały na książkę bez kolorów. W końcu postanowiłam, że przeczytam ją sama. A kiedy już zaczęłam czytać, nie mogłam się oderwać. To książka dla dzieci pisana prostym, ale bogatym językiem, przepełniona morałami, postaciami z bajek, pozytywnymi emocjami. Stanowi zbiór właściwych zachowań i najlepszych wartości, jakie rodzic powinien przekazać dziecku. Nie ma w niej miejsca na zbędne opisy, czy odciąganie uwagi. Jest wyważona i idealna w swej prostocie.

Opowiada o kocie, który szukał w swoim życiu celu. Mawiał: „Żeby życie miało sens, trzeba mieć w życiu jakiś cel”. Pewnego dnia, trafił do biblioteki i usadowił się w starym zegarze. To miejsce stało się jego domem. Odtąd mógł poświęcić czas na nauce i pomocy innym. Z każdym dniem przestawał czuć się niepotrzebny. A to dawało mu szczęście. W książce poruszanych jest wiele ważnych kwestii, w tym: do czego prowadzi dopasowywanie się na siłę do ogólnie przyjętych wzorców zachowań, niekorzystne samopoczucie wynikające z jedzenia samych słodyczy, samotność ludzi schorowanych i starszych, dla których każdy kontakt z innym człowiekiem jest często najważniejszą częścią dnia, czerpanie satysfakcji ze współpracy z innymi.

Ponadto w książce znajdują się ilustracje, które dziecko może pokolorować. Ze względu na wydanie, warto poczekać z lekturą książki aż dziecko będzie gotowe na lekturę. Mam nadzieję, że książka doczeka się bardziej kolorowego wydania, by dzięki temu stała się bardziej przystępna dla małych czytelników.

Szukacie wartościowej książki do czytania na dobranoc? Tej książki nie może w Waszym domu zabraknąć.

#recenzja | „Był sobie pies 2” W. Bruce Cameron

Pamiętacie psa, który był bohaterem pierwszej części „Był sobie pies”? Jako Bailey, Toby, Ellie czy Koleżka miał tylko jeden cel: chronić swojego pana: Ethana. Z każdym kolejnym wcieleniem nabierał doświadczenia, wiedzy i umiejętności, by pokonywać wszelkie przeciwności losu. A wszystko po to, by chronić Ethana, który z biegiem lat z chłopca zamienił się w starszego pana, który na końcu swojej drogi odnalazł miłość swojego życia. A teraz ten sam pies wraca, choć jego pan już nie żyje. Jego nowym sensem życia stała się opieka nad wnuczką Ethana – Clarity.

Clarity jest córką piosenkarki o dość egocentrycznym charakterze. Matka dziewczynki od pierwszych stron doprowadza czytelnika do frustracji. Muszę przyznać, że rzadko literackie postacie są dla mnie tak negatywne w odbiorze i budzą we mnie tyle złości. Na szczęście Clarity ma Koleżkę. A później Molly, Maxa i Toby’ego. Dziewczyna nie ma łatwego życia, nie ma też szczęścia do mężczyzn. Życie mocno ją doświadcza, przez wiele lat szuka szczęścia, odnajdując jedynie ból i samotność. Wciąż jednak towarzyszy jej pies, który stara się choć odrobinę podnieść ją na duchu.

To przepiękna opowieść. Pierwsza część chwyciła mnie za serce, ale kontynuacja okazała się jeszcze lepsza. Choć momentami wydawało mi się, że autorowi zaczyna brakować już pomysłów, akcja nagle skręcała i zaskakiwała. I chociaż z początku ciężko jest na powrót przestawić się na psi punkt widzenia i dość infantylne prowadzenie narracji (pamiętajcie: narratorem jest pies i taki sposób pisania jest jak najbardziej odpowiedni) to z każdą koleją stroną jest łatwiej.

Musicie jednak być świadomi jednej rzeczy: jeśli kochacie zwierzęta, w szczególności psy, jeśli chwyta Was za serce każdy opis śmierci zwierzaka (czy nagły czy uśpienie starego i schorowanego przyjaciela) to miejcie pod ręką paczkę chusteczek. A najlepiej cały wagon. Bo nie znacie chwili, kiedy bohater z jednego wcielenia wejdzie w kolejne.

#recenzja | „Kolory” Herve Tullet

Dzieci uwielbiają się brudzić. Jak najlepiej nauczyć ich mieszania kolorów? Wziąć farby, papier lub rozciągnąć folię i pozwolić się bawić, mieszać, mazać, rozcierać… Ale co zrobić w sytuacji, kiedy nie ma czasu przygotować pokoju na taką zabawę? Albo gdy ma się rozrabiakę, który w każdej chwili może zbiec z pędzlem w dłoni i zamienić dom w dzieło sztuki (oczywiście wbrew woli rodziców)?

Naprzeciw wychodzi niezawodny Herve Tullet. Nie muszę już chyba nikomu przypominać, że to mój ulubiony autor książek dla dzieci. „Kolory” to jego kolejna interaktywna książka, dzięki której dziecko może rozwijać się intelektualnie i kreatywnie, bez brudu, ale – co ważniejsze – bez użycia tabletu! Dostępnych jest mnóstwo edukacyjnych aplikacji, które mają zastąpić tradycyjną zabawę farbami, ale po co przykuwać dziecko do elektroniki, skoro jest książka!

Zabawa z książką zaczyna się od naciśnięcia szarej kropki. A później pojawia się ich więcej i więcej, aż wypełniają całą stronę. Wtedy zadaniem dziecka jest położenie na nich dłoni, policzenie do pięciu i… odtąd ręka malucha jest zaczarowana. I może nią mazać, mieszać, kreślić i sprawdzać co jest wynikiem łączenia poszczególnych kolorów. Jest to też fantastyczne narzędzie do nauki kolorów. A kiedy dziecko rozróżnia już wszystkie, czemu by nie tłumaczyć nazw… po angielsku?

Oczywiście samą książkę można również potraktować jako wprowadzenie do zabawy tradycyjnymi farbami. Dzięki temu zabawa kolorami staje się bardziej uniwersalna – kiedy trzeba, można bawić się książką, a kiedy ma się możliwość, pozwolić dziecku odtworzyć wszystkie zadania akwarelami na brystolu.

Książki Tulleta to nie tylko papier. To zapalnik, który ma za zadanie rozpalić wyobraźnię dziecka i rodzica i podpowiedzieć, w jaki sposób bawić się kreatywnie i spędzać czas na wyśmienitej zabawie.

Mój syn najlepiej zaczął się bawić z książką kiedy miał 2 lata i 3 miesiące.

wiek:          3+
format:    225mm x 225mm mm
objętość:   65 stron
oprawa:     twarda
wydawnictwo Babaryba

#recenzja | „Tylko raz w roku” Agnieszka Lingas-Łoniewska

Kiedy w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia Ela dowiaduje się, że jej rodzice się rozwodzą, wydaje jej się, że jej świat runął. Zabiera na spacer psa Ramzesa i zapłakana krążyła wokół Pergoli w okolicy wrocławskiej Hali Stulecia, próbując zrozumieć, dlaczego jej rodzina się rozsypuje. Wtedy poznaje Kamila, studenta architektury, który w wigilijny wieczór ucieka od swojej toksycznej matki, by znaleźć chwilę wytchnienia i radości u swojego najbliższego przyjaciela.

Ela i Kamil zakochują się w sobie. Ale, jak to zwykle w powieściach i prawdziwym życiu bywa, ich wspólne życie nie jest usłane różami i o swój związek muszą walczyć. Na przeszkodzie stają im ambicje matki chłopaka, która w końcu osiąga swój cel i umożliwia synowi podjęcie pracy w paryskim biurze projektowym. Ela natomiast musi w pojedynkę mierzyć się z niekończącymi się problemami. A wigilijne wieczory, które z początku ich wspólnej drogi były pełną magii i miłości tradycją, stają się czasem wypełnionym bólem i żalem.

„Tylko raz w roku” to przyjemna świąteczna historia, którą można przeczytać w jeden wieczór. Czytelnik znajdzie w niej emocjonalny rollercoaster,: od gorącej miłości, po głęboką rozpacz, poprzez zazdrość, żal, tęsknotę, rodzicielską miłość i niszczycielskie ambicje. Można przy niej uronić kilka łez. To dobra książka, czas płynie przy niej spokojnie i miło.

Książka ta jest typową opowiastką, która pomaga oderwać się od problemów dnia codziennego. Po jej lekturze nie czułam niedosytu, nie było mi żal, że historia dobiegła końca. Niestety dla mnie była to tylko jednorazowa przygoda, a nie książka, do której będę chciała wracać. Niemniej, uważam, że jest warta uwagi.

Ostatnia szansa na zamówienie Imagination Planner

Kiedy pierwsze osoby zaczęły otrzymywać Imagination Planner, inni zaczęli pytać, czy jest jeszcze możliwość zamówienia go. Dlatego wyszliśmy naprzeciw oczekiwaniom, ale…

Musimy zebrać minimum 20 zamówień.

Poniżej tej liczby cena za wydruk jednego egzemplarza jest zbyt wysoka.

Dlatego, jeśli wciąż marzysz o plannerze, który ułatwi Ci organizację nadchodzących miesięcy albo szukasz pomysłu na prezent, nie wahaj się.

TUTAJ znajdziesz opis plannera. Jego prezentację możesz zobaczyć m.in na profilu Malwiny @zaczytana_tak_po_prostu na Instagramie.

TUTAJ znajduje się formularz zamówienia.

Na zamówienia czekamy do 22 listopada. Po tej dacie, jeśli uzbiera się minimalna liczba zamówień, każdy otrzyma potwierdzenie złożenia zamówienia wraz z numerem konta. Wcześniej nie ponosisz żadnych kosztów, nie musisz się bać, że w razie nieuzbierania odpowiedniej ilości chętnych będziemy przetrzymywać Twoje pieniądze.

 

#recenzja | „Śmieci. Najbardziej uciążliwy problem na świecie” Gerda Raidt

To tylko jeden soczek dla dziecka. 200 ml napoju, którego opakowanie będzie rozkładać się wiele lat. To tylko jedna bułka, ale zapakowana w foliówkę, która tuż za kasą trafi do śmieci. Idą święta, dziecko musi dostać prezenty. Tonę prezentów. Każdy w firmowym pudełku, uwinięty kolorowym papierem i taśmą. Z pomponami, wstążkami i innymi ozdobami, które przepełnią wszystkie śmietniki na osiedlu. A skoro już jesteśmy przy temacie świąt, to przecież nie może zabraknąć na stole jedzenia. Kilkanaście kilogramów produktów na dwuosobową rodzinę? Przecież taka jest tradycja! Dwanaście potraw, pełne brzuchy, ryby, ciasta… A większość produktów z marketu, pakowana w plastikowe tacki i siatki.

A hałdy śmieci rosną.

Tematem „jak żyć eko” interesuję się już jakiś czas. Chociaż to może za dużo powiedziane. Po prostu wiem, że temat śmieci istnieje i szukam sposobów by w wygodny dla siebie sposób zmniejszyć ilość produkowanych śmieci. Myślałam, że książka „”Śmieci. Najbardziej uciążliwy problem na świecie” Gerdy Raidt nie zrobi na mnie żadnego wrażenia. Myliłam się.

To książka, która powinna stać na półce KAŻDEGO dziecka, KAŻDEGO rodzica, KAŻDEGO dziadka i KAŻDEJ osoby, która bezmyślnie przyczynia się do globalnej katastrofy. Łatwo jest myśleć, że rezygnując w sklepie z foliówek uratujemy albatrosa na drugim końcu świata. Tymczasem zawijamy prezenty dla dzieci w niekończące się połacie kolorowego papieru, zasypujemy się stertą książek, których prawdopodobnie nigdy już nie weźmiemy do ręki, kupujemy niepotrzebne przedmioty, które tylko chwytają kurz i pięknie wyglądają na zdjęciach. Często wydajemy małe fortuny z powodu kaprysu, mody, chwilowego zauroczenia. A później płaczemy, że do wypłaty zostaje nam na koncie 10 zł a śmieci musimy wyrzucać do śmietnika przed blokiem praktycznie codziennie.

Wiecie, gdzie giną oszczędności? Zajrzyjcie pod zlew, do kubła na śmieci. Każdy papierek, folia, przeterminowany jogurt i nadgnite jabłko to właśnie te pieniądze, których Ci brakuje. I będzie Ci ich brakowało co miesiąc. A później zabraknie Ci powietrza, bo ilość śmieci na Ziemi sprawi, że nasza planeta tego nie wytrzyma.

Co zatem zrobić? Wróćmy do wspomnianej książki. Przede wszystkim czytajmy ją dzieciom. Niemowlakom i tym starszym, niech mają świadomość, niech uczą się od najmłodszych lat że każdy, ale to KAŻDY śmieć jest krokiem ku zagładzie. W tym samym czasie musimy dawać im przykład: odmawiamy dzieciom wody z sokiem w plastikowym opakowaniu zasłaniając się byciem eko, ale na spotkanie z przyjaciółmi kupujemy kilka dwulitrowych butelek coca-coli? Nie tędy droga.

Jeszcze kilka postów temu pisałam, że każdy mały eko-krok to jednak krok w stronę lepszego życia. Teraz się z tego wycofuję. Dobrze, że robimy te małe kroki, ale to już nie wystarczy. Tempo życia i kreowany w mediach (w tym w social mediach) idealny świat sprawia, że nie chce nam się zabrać na zakupy swojego worka, że musimy mieć regały pełne nieczytanych książek, że musimy kupować do zdjęć przeróżne przedmioty. Chcemy nadążyć za innymi, mieć, chwalić się, pokazywać…

Dlatego ja mówię stop. Książka „Śmieci. Najbardziej uciążliwy problem na świecie” Gerdy Raidt otwarła mi szerzej oczy.

wiek:          6+
format:    170 x 225 mm
objętość:   94 strony
oprawa:     twarda
wydawnictwo Babaryba